Rozdział I
Każdy z nas w głębi duszy czeka na osobę, przy której będziemy mieć poczucie, że to właśnie Ta Osoba. Niektórzy jej nigdy nie znajdują. Niektórzy przez lata męczą się w różnych dziwnych związkach i dopiero po czasie ją odnajdują. Jeszcze inni trafią na nią prawie od razu.
Ja poznałam jego - przyjmijmy jego imię, dość popularne, Michał. Praktycznie od samego początku wiedziałam, że to On. I nadal to czuję, przytulając go do siebie po tych wszystkich latach, złych i dobrych wydarzeniach. I nie chcę przytulać nikogo innego.
Jak to w życiu bywa, nie wszystko jest takie idealne. Mój ukochany ma matkę, dajmy jej imię na cel tego opisu Marzena. Marzenka licho ponad 150 cm wzrostu, urzędnik w pewnym starostowie powiatowym. Podobny na jakimś dosyć ważnym stanowisku. Poza tym, istne wcielenie zła, masa straconych nerwów i wylanych łez. Marzenka pochodzi z patologicznej, pijackiej rodziny. Jej matka podobno była gorsza niż ona. Od wielu lat nie miały ze sobą kontaktu, aż starszej kobiecie wybrało się na tamten świat. Nikt oczywiście Marzenki nie powiadomił, ojciec i siostra też nie chcą mieć z nią kontaktu. Dlaczego tak się stało? Bladego pojęcia nie mam. W oczach naszej drogiej wielkiej pani urzedniczki za pewno to oni byli źli i niedobrzy i ją skrzywdzili. Tak jak każdy inny. W tym ja. Ale o tym dalej. Nie rozumiem co musiała zrobić, żeby aż tak się z nimi pożreć. Oczywiście siostra niby uważała się za lepszą, ale Marzenkę często ponosi wyobraźnia. Ten wątek też zostanie rozwinięty później.
Cofnijmy się do czasu kiedy miała niespełna 20 lat. Wtedy poznała ojca mojego narzeczonego. Na każdym zdjęciu, na którym widziałam ich razem, nie wyglądali na szczęśliwych. Swoją drogą uważam, że "biedulka" chciała wyrwać się z patologicznej rodzinki i złapać chłopaka z dobrej, dosyć dobrze sytuowanej rodziny. Oczywiście, rozkładając przed nim nogi i łapiąc go na dziecko. Ale to tylko moja teoria i przemyślenia. Potem oczywiście był ślub. Z dzieckiem w drodze, oczywiście. Teściowe kupili mieszkanko, jej rodzice podobno też chcieli, żeby nie być gorsi, ale oszukał ich deweloper i pieniądze przepadły. Także zamieszkali we trójkę w gniazdku nabytym jednak przez teściów i za długo w nim nie pomieszkali razem. Jej mąż wpadł problemy z nałogiem, szczegółów nie znam, ale wiem, że dzisiaj sobie ze wszystkim poradził. Nic dziwnego, że facet się załamał, jak zorientował się, co wziął za żonę. No to Marzenka oczywiście nie wybacza, nic nie przepuszcza, rozwód i do akademika z dwuletnim dzieckiem. I tak o to stała się 22-letnią rozwódką z małym dzieckiem. Osiągnięcie, prawda? (Najlepsze że ja mając 22 lata jestem dla niej gówniarą, do której matki trzeba dzwonić jak coś zrobi nie tak)
Tułała się z dzieciakiem, imała się różnych prac, skończyła nic nie warte studia z tytułem magistra, aż jakimś dziwnym trafem nagle dorobiła się własnego mieszkania i samochodu. Dosyć drogo go wykończyła. Oczywiście na kredyt, ale skąd tyle pieniędzy nagle na wkład własny? No cóż, może oszczędzała? A może stała z czerwoną parasolką? Lub pod latarnią? To wie tylko ona. I ewentualnie jej klienci.
Teraz zajmijmy się jej relacją z jej własnym (niestety), jedynym (dzięki Bogu) dzieckiem. W sumie nie mam pojęcia, dlaczego go nie oddała do adopcji. Traktowała go zawsze jak śmiecia. Przynajmniej odkąd ja ich znam. Zawsze na niego krzyczała, dokuczała, była wredna. Darła się za niezgaszone światło, nieschowany kubek do zmywarki, za mnóstwo głupot. Terroryzowała go psychicznie. Wydzielała ściśle pieniądze i rozliczała z każdej złotówki. Czasem musiał przynosić paragony. Urządzała dzikie schizy, bo ona myśli, że on kłamie, a ona ma zawsze rację. Dużo nerwów to jego kosztowało. Mnie też, będąc świadkiem tego wszystkiego. Zaczęłam jej unikać. Przychodzić, kiedy jej nie było w domu. To wysnuła teorię, że przychodzę tylko na seks. Tą teorią podzieliła się z moją matką. Przez telefon. W walentynki, bo jej syn wyszedł się ze mną spotkać, a akurat była niedziela (nie chodziła do kościoła, wierząca nie była) i muszą zjeść rodzinny obiadek (w dwie osoby). Nigdy mnie za to nie przeprosiła. Zamiotła sprawę pod dywan i udawała, że wszystko gra. On wtedy też nie zachował się fair. Może dlatego, że się jej bał. Nie mam pojęcia. To chyba była nasza pierwsza poważna kłótnia. Po której prawie się rozstaliśmy, ale jakoś przeszliśmy nad tym i znowu dalej byliśmy razem. Chociaż jego matkę zaczęłam już na dobre unikać. Nie widziałam jej przez dwa i pół roku. Aż do ostatnich walentynek.
Przez pierwszy rok przez jej dom przewinęło się około 10 facetów? Może mniej, może więcej. Nie wiem. Żaden jej nie chciał. Nie dziwię się. W końcu znalazł się jeden głupi, nazwijmy go Stefan, typ po zawodówce, w dodatku życiowy przegryw, dziwak, stary kawaler, z brzydkim zapachem w gratisie. Wziął ją po jakimś czasie za żonę, desperat. Nie był już starym kawalerem a ona zgorzkniałą rozwódką po 40. Przestała kurczowo już trzymać synusia, kopnęła go w dupę i się wyniosła do swojego przygłupa. Ale dalej musiała go kontrolować, Wielka Pani i Władczyni.
C. D. N.
Komentarze
Prześlij komentarz