Rozdział II

Chyba chaos dyktuje strukturę tego "pamiętnika" i jego rozdziałów. Ale czy ktokolwiek to przeczyta? Piszę to dla siebie samej. I żeby gdzieś ta chora historia, chorej osoby przetrwała i każdy wiedział, jak choroba psychiczna może zepsuć życie. Nie tylko osobie, która ją ma, ale także innym wokoło. Szczególnie, jeżeli osoba ta przejawia taką o to agresję względem innych. Może nie fizyczną, ale psychiczna niekiedy może być o wiele gorsza. A ja psychikę mam bardzo słabą. Bardzo niską samoocenę. Bulima, samookaleczanie , autoagresja, myśli samobójcze, depresja. To moja codzienność. Nie bywam z reguły agresywna względem innych. Ale potrafiłam uderzyć osobę, którą bardzo kocham. Potrafiłam jej wbić paznokcie do krwi. Do takiej furii mnie doprowadził. Tak bardzo się tego wstydzę. Wybaczył mi, wszystko. Nie wiem dlaczego, nie zasłużyłam. Przepraszałam z milion razy i przepraszam ciągle. Tak mi wstyd, za tamtą mnie. Nie zasługuję na jego miłość i opiekę. Na nic nie zasługuję. W porównaniu do jego matki, ja umiem powiedzieć przepraszam i wybaczyć. Ja jednak rozumiem swój błąd i nie obwiniam wszystkich innych za to.
Ale mimo to, nie jestem dobrym człowiekiem.
Po prostu nie.

Ostatnia afera.
Walentynki. Spędziłam u niego dzień, zostałam na drugi. Wcześniej byłam na sylwestra, zostałam dwa dni, ona o tym wiedziała.
I tutaj wróćmy do świąt Wielkanocnych zeszłego roku. Napisałam do niej parę słów prawdy, nie obrażając jej (przynajmniej wulgaryzmami ani niczym, co mogłaby wykorzystać przeciwko mnie), nie wzywając, tylko mówiąc, jaką jest złą matką i że bawi się synem. Obraza totalna, zakaz przychodzenia do jej domu. Niby odwołany po dłuższym czasie. Nie zrobiłabym tego, gdyby nie jej telefon do mojej matki. Parę lat wcześniej.
A wracając do tematu, widziała że byłam na sylwestra, jednak nic sobie z tego nie robiła. A w walentynki? Coś jej ostro odwaliło, bo od progu zaczęła drzeć mordę, że mam się wynosić z jej domu. A ja telepałam się jak osika na samą myśl o niej. Wcześniej tego dnia dwa razy się zdążyliśmy z chłopakiem pokłócić o jakiś bzdet, bo ona ma dosyć trudne usposobienie, a ja wybuchowe, niestety, więc byłam już lekko rozdygotana, na co ona dolała oliwy do ognia. Zaczęła się wydzierać, ja panikować, powiedziałam jej parę słów za dużo, dlaczego mnie tak nienawidzi i co ja jej zrobiłam, w końcu ja byłam zawsze dla niej miła (przynajmniej do czasu tego telefonu, potem jej unikałam) i to ona mnie skrzywdziła i udawała, że to nie miało miejsca. Kiedy to jej wypomniałam, udała, że nie słyszy. Skupiona była tylko jak to ja ją wielce obraziłam, i że mam się wynosić, bo ona dzwoni po policję. W międzyczasie mój chłopak mnie przytulał, bronił i próbował złagodzić sprawę. Nic to nie dało. Wkurwiła się i na niego, pozostawała w totalnej furii, udając, że gdzieś dzwoni i mówiąc, że zadzwoni do mojej matki naskarżyć na mnie. Ludzie, mam 22 lata, ma mnie za gówniarę, tak mnie chyba nazwała, chociaż z emocji nie pamiętam tego dokładnie. W moim wieku była rozwódką z małym dzieckiem. Ale ja jestem gówniatą. Ok.
W trakcie coś tam znowu zasugerowała, że seks i te sprawy i wielce zgroszoną udawała, jakby sama straciła dziewictwo 10 lat po ślubie. I wcale będąc singielką nie nosiła czerwonych, koronkowych stringów, które często u niej wisiały. Dla wygody? Pewnie do pracy, heh. Albo lubi jak się coś jej w dupę wpija. Nie wiem, doprawdy. Sama takich nie noszę dla wygody.
Skończyło się tym, że wyszliśmy, zabrałam wszystkie swoje rzeczy, na koniec moje emocje obróciły się na zagryźć sukę, i zdobyłam się na tak szyderczy uśmiech dla niej, jak tylko potrafiłam. Wychodząc, walnęłam "przypadkiem" drzwiami o szafkę, wiedząc, jak bardzo ją to wkurwi. Podzialało. Plusy do własnej satysfakcji z tego wszystkiego.
Nie zrujnowała nam walentynek. Wręcz przeciwnie. Postawiła mojego Michała w sytuacji, w której zawsze mu zarzucałam, że jakby się znalazł, nie obroniłby mnie przed nią. Zrobił to, pokazał, że umie się jej w końcu przeciwstawić i mnie obronić. Że umie być prawdziwym facetem. Że mogę czuć się bezpiecznie przy nim. I to właśnie mi pokazała. Że jestem ważniejsza niż ona. Że nie boi nazwać się mnie swoją narzyczoną przy niej, bez względu na konsekwencje. Może dla innych to niezrozumiałe i nic nie zwykłego, ale patrząc na to, jaka ona jest chora i przez co już przeszliśmy, to naprawdę dużo. Dzień minął nam naprawdę dobrze. Na śmianiu się z niej.
Na następny dzień przyszła do niego na kontrolę, powiedzieć mu, że go wydziedziczy, że będzie głodował, że mnie na policję poda, bo nagrała jak przeklinam w złości i że niby ją obrażam (ona by dostała za nagrywanie mnie wbrew mojej woli, ale to już pomińmy), że ma przemyśleć czy chce taką żonę, że teraz będzie przychodzić na kontrole i ogólnie jeszcze jakieś rzeczy żeby dobić chłopaka. Nie odzywała się do niego poza tym, nie pisała, nie dzwoniła. Aż do dzisiaj, jak gdyby nigdy nic zaprosiła go na obiad. I oczywiście nic się nie stało. Spokój.
Poszedł, w końcu to jego matka. Do niej i tak nic nie dotrze. Niestety studiuje, nie pracuje obecnie, bo nie ma takiej możliwości, więc niestety chwilowo jest od niej uzależniony. Ale już niedługo zamieszkamy razem, wynajemy coś i odetniemy się w końcu od tej suki. Mam nadzieję.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rozdział I

Na początek